Chodzenie pieszo po Warszawie do łatwych i przyjemnych nie należy. Transport publiczny drożeje i ogranicza ofertę, co rządzący uzasadniają kryzysem finansowym. Pomijają jednak przy tym koszty społeczne. Dyskryminacja pieszych i regres transportu publicznego pogłębiają wykluczenie ogromnej grupy osób niezmotoryzowanych, które mieszkają lub pracują daleko od przystanków, mają problemy zdrowotne utrudniające chodzenie lub czują obawy przed ciemnym odludziem.

Czy rządzący miastem zdają sobie sprawę, jak zgubny wpływ na życie ludzi ma niedostępność transportu? Poniższa rozmowa powinna pomóc w uświadomieniu sobie, jak krótkowzroczne, społecznie szkodliwe i pozorne są ,,oszczędności'' na transporcie publicznym i pieszym.

Wywiad z Niezmotoryzowaną Warszawianką

ZM: Jakimi trasami pani jeździ po Warszawie i z jakimi utrudnieniami się pani spotyka?

NW: Do pierwszej pracy dostaję się bez większych problemów. Gorzej jest z drugą, popołudniową przy Rondzie Daszyńskiego. Wracam stamtąd do domu na Ochocie najczęściej 4221, choć jeździ rzadko (co 20 minut), ale to najbliższy przystanek. Mogłabym podjechać do pl. Zawiszy, skąd mam więcej autobusów, ale by dojść na przystanek tramwajowy, muszę okrążyć całe rondo. To dla mnie zbyt uciążliwe i czasochłonne. Czerwone światła dla pieszych palą się bardzo długo. Po całym dniu na schorowanych nogach stanie po półtorej minuty na każdym przejściu i spacer wokół ronda jest ponad moje siły. Wolę już nawet dłużej poczekać ale siedząc.

ZM: Nawet gdyby pani podjechała tramwajem do pl. Zawiszy, czekałby tam panią kolejny spacer – na przystanek autobusowy pod hotelem Sobieskim. Czyli kolejnych sto metrów i 3 jezdnie ze światłami. W sumie jazda na krótkim odcinku za cenę przejścia takiego samego dystansu pieszo, co trwa 10 razy dłużej. Faktycznie mało zachęcające.

NW: Ja mam choć ten jeden autobus. Ale co mają powiedzieć ludzie skazani na tramwaj? W biurowcach wokół ronda Daszyńskiego pracuje parę tysięcy. Piesi mają zielone tak krotko, że trzeba biec. Ja poruszam się wolno i nie zawsze zdążę zejść. Raz nawet policjant ukarał mnie mandatem bo czerwone światło zastało mnie w połowie jezdni. Nie mnie jedną. Wiele osób traci też cierpliwość i przechodzi zanim minie półtorej minuty. Szczególnie kiedy ulica jest zakorkowana. Bo czy to nie absurd? Stać ponad minutę kiedy korek przede mną w tym czasie ani drgnął? Przechodzą też ludzie obok płotu budowy, gdzie przejście zagrodzono. Także młodzi, to co mam powiedzieć ja – po pięćdziesiątce, zmęczona całym dniem? A straż miejska i policja zamiast wziąć w obronę słabszych – urządza na pieszych łapanki.

Przejście dla pieszych przy Rondzie Daszyńskiego. Światło już czerwone, a większość osób nadal znajduje się na jezdni.

ZM: To prawda, że obecna organizacja ruchu na Rondzie Daszyńskiego woła o pomstę do... Komisji Europejskiej [zobacz >>>], ale z drugiej strony – szerokości ulic i rozstrzelone odległości między przystankami bardzo utrudniały życie pasażerom i pieszym już wcześniej, przed budową.

NW: Wtedy to ja pracowałam jeszcze na Czystem, niedaleko skrzyżowania Tunelowej i Kolejowej. Pierwsze lata były bardzo trudne, do najbliższego przystanku przy Kasprzaka musiałam iść 10 minut Brylowską, późnym wieczorem wzdłuż ciemnego parku i mało przyjemnej zabudowy. Do Dworca Zachodniego jeszcze dalej. Zdarzały się napady, więc ta droga była dla mnie i wielu osób codzienną porcją stresu. Do tego jeszcze zaczęły mi niedomagać nogi.

ZM: Również znam ten rejon. W styczniu 2006 r. dotarł tam długo oczekiwany, choć od lat planowany autobus w postaci linii 1972.

NW: On był wybawieniem i nie tylko moim. Ten autobus bardzo pomógł wielu osobom, ale mnie szczególnie. Miałam wiele obaw czy utrzymam się w drugiej popołudniowej pracy, która przy chorobie nóg stawała się zbyt wyczerpująca, zwłaszcza te dwa kilometry dojścia i powrotu. Niekiedy w deszczu, przez śnieg czy kałuże. Gdybym poszła na zwolnienie, to byłby koniec.

Na szczęście w odpowiedniej chwili przyszedł ratunek w postaci autobusu. Mnie uratował pracę, a wielu innym portfel czy telefon. Autobus był bardzo przydatny pacjentom szpitala na Brylowskiej. Widziałam tam codziennie osoby z małymi dziećmi, niedołężne czy po urazach. Kiedy nie było autobusu, musieli iść pół kilometra w każdą stronę. Wielu uczniów technikum przy Kasprzaka dojeżdża pociągiem do Dworca Zachodniego. Pieszo musieli pokonać codziennie 3 kilometry.

Zachowując dodatkową pracę i dochód mogłam przeznaczyć go na pomoc dzieciom w nauce. Dzięki temu udało im się pokonać trudności pod koniec liceum i skończyły dobre studia. Myślę, że pośrednio jest w tym zasługa linii 197 i ludzi, którzy o nią walczyli.

ZM: Miło mi to słyszeć, gdyż Stowarzyszenie Zielone Mazowsze od lat domaga się usprawnień transportu publicznego, a ja osobiście zabiegałem najpierw o skomunikowanie dw. Zachodniego z Wolą przez Czyste, a później o uruchomienie dwóch brakujących przystanków [zobacz >>>]. Nie dał na nie zgody Inżynier Ruchu z powodu braku zatok [zobacz >>>], a zdanie zmienił dopiero pod wpływem naszych nacisków [zobacz >>>]. Ten sam urzędnik zatwierdził tak bardzo dyskryminującą pieszych organizację ruchu na Rondzie Daszyńskiego, o której mówiliśmy na początku [zobacz >>>]. No właśnie, gdziekolwiek pójdziemy, doświadczamy efektów działań lub zaniechań urzędników zarządzających ruchem drogowym. Jak pani sądzi, dlaczego tak często skazują nas na utrudnienia.

NW: Może dlatego że nie doświadczają tych utrudnień na własnej skórze. Nie muszą iść kilometrami po zmroku do przystanku, nie dźwigają toreb pełnych zakupów. Pewnie większość z nich ma samochody, zdrowe nogi. W pracy siedzą za biurkiem, a nie robią kilku kilometrów i nie przenoszą tylu ciężarów każdego dnia jak ja.

ZM: Tak, ten brak doświadczenia w chodzeniu pieszo i jeżdżeniu tramwajami i autobusami ma bardzo istotne znaczenie. Przyszło mi też do głowy, że większość decydentów to zmotoryzowani, zdrowi i żonaci mężczyźni. Noszą co najwyżej teczkę, a nie ciężkie siaty z zakupami, nie muszą przepychać wózków przez chodnikowe parkingi, nie wspinają się po schodach kładek i przejść podziemnych, nie brodzą w śniegu, błocie i kałużach. Użytkują głównie jezdnie i nie doceniają reszty publicznej przestrzeni. Dlatego tak ważne jest przypominanie, że pieszy to bardzo ważna osoba.

Dziękuję za rozmowę.

Przypisy

1) Obecnie linia 422 nie jeździ już ul. Towarową.

2) Obecnie na omawianym odcinku linię 197 zastąpiła linia 103.

Rozmowę przeprowadził i spisał Marcin Jackowski. Odsyłacze w tekście, wytłuszczenia i przypisy od redakcji.

Od redakcji

Bohaterka wywiadu chce zachować anonimowość. Nie umniejsza to walorów rozmowy i wniosków z niej płynących. Podobne opinie mogłyby wyrazić setki tysięcy użytkowników stołecznych chodników i pasażerów komunikacji publicznej. Niestety – nikt nie robi z nimi wywiadów. W Warszawie nie istnieje społeczna rada pasażerów jak w Berlinie, nie ma rzecznika pieszych, choć każdy jest lub bywa pieszym. Jednym z celów tego wywiadu jest zwrócenie uwagi na potrzeby grupy osób, którą reprezentuje bohaterka. Zbyt często lekceważonej czy wręcz dyskryminowanej, wbrew temu co nakazuje stołeczna Strategia Rozwoju Zrównoważonego Transportu. Mimo zawartych w tym dokumencie konkretnych zaleceń na temat poprawy warunków ruchu pieszego i dostępności przystanków, miejskie instytucje nie tylko nie podejmują widocznych działań naprawczych, ale przyzwalają na powtarzanie dobrze znanych błędów w nowych inwestycjach.

Grupą szczególnie pokrzywdzoną przez bariery miejskiej przestrzeni są kobiety. Wydawałoby się, że prezydentowi – kobiecie poprawa warunków ruchu pieszego powinna szczególnie leżeć na sercu. Niestety, Hanna Gronkiewicz-Waltz nie wykazuje chęci dowartościowania go i oddawania pieszym przestrzeni zawłaszczonej przez motoryzację.